Co my robimy z tą Miłością, której na imię JEZUS-HOSTIA?

Nie chodzi tylko o to, czy fizycznie stoisz, czy klęczysz.  Chodzi o postawę Twojego serca. Trzeba nam zgiąć kolana serca

W normalnym świecie, kiedy coś jemy, ten pokarm zostaje zasymilowany i staje się częścią nas. W przypadku Eucharystii jest odwrotnie: to my, przyjmując Chrystusa, zostajemy przez Niego zasymilowani. Mamy upodobnić się do Tego, kogo spożywamy.

  • Przyjąć Ciało Chrystusa to zgodzić się na to, by moje własne życie stało się chlebem – połamanym dla innych, wydanym dla współmałżonka, dzieci, współpracowników, dla ludzi trudnych i irytujących.
  • Nie można autentycznie karmić się Eucharystią na Mszy świętej, a potem w codziennym życiu „zjadać” innych ludzi plotką, pogardą czy obojętnością.

Podczas procesji, pomyślmy o tym, że to nie jest tylko manifestacja religijna. To przypomnienie, że Chrystus chce iść tam, gdzie toczy się nasze prawdziwe życie: do naszych domów, miejsc pracy, szpitali, tam gdzie cierpimy, kłócimy się i kochamy.

Nie bójmy się naszego życiowego głodu i naszych pustyń. Właśnie tam, w miejsca naszych największych braków, Jezus przychodzi jako Chleb Żywy. Przychodzi nie po to, by dać nam łatwe odpowiedzi, ale by dać nam Siebie – jako prawdziwy pokarm na każdą drogę.

Problemem naszych czasów nie jest głód chleba, ale przesyt wszystkim, co nie jest Chlebem. Jesteśmy tak napełnieni hałasem, obrazami, dobrami konsumpcyjnymi, że nie odczuwamy już fundamentalnego głodu duszy. Zatraciliśmy zdolność tęsknoty. A Eucharystia może być przyjęta tylko przez człowieka, który jest głodny. Głodny sensu, głodny miłości, która nie zawodzi, głodny życia, które pokonuje śmierć. Pierwszym przygotowaniem do Komunii Świętej jest więc uznanie swojej wewnętrznej pustyni  i wołanie z głębi serca.

W tę rzeczywistość głodu wchodzi Jezus Chrystus z oszałamiającą deklaracją, która dla Żydów była zgorszeniem, a dla nas jest szczytem Objawienia: Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. (…) Chlebem, który Ja dam, jest moje Ciało, wydane za życie świata” (J 6, 51).

Jaki jest największy ból miłości? Nie nienawiść, ale obojętność.  Gdy dajesz komuś swoje serce, swoją krew, swoje życie, a ten ktoś przyjmuje to z roztargnieniem, myśląc o czym innym, nie mówiąc nawet „kocham”. Czy nie tak właśnie często wygląda nasze przyjmowanie Komunii Świętej? Idziemy w kolejce, bo wszyscy idą. Automatycznie wyciągamy rękę. Czasem nawet nie pamiętamy, czy przełknęliśmy Hostię. Bezmyślność zabija miłość.

Dzisiejsza uroczystość to nie tylko procesja ulicami. To wezwanie do rewolucji serca. Ta rewolucja zaczyna się od „upadnięcia na kolana”   w duchu, nawet jeśli ciało nie może tego uczynić. Chodzi o to, by przed przyjęciem Komunii Świętej zamilkła w nas gonitwa myśli. Byśmy choć przez moment, uświadomili sobie, że przechodzi Bóg.            Że zbliża się Ten, który wykrwawił się za nas na Golgocie. Że chcemy Go przyjąć nie obojętnie, ale z czcią przejętą, z wdzięcznością i z pragnieniem odwzajemnienia miłości.

Niech ta Eucharystia będzie czasem, w którym prosimy Ducha Świętego o łaskę zdumienia. O nowe oczy, które w białym opłatku zobaczą Boga Miłości. A wracając do ławek, z sercem pełnym wdzięczności, padnijmy na kolana przed Tym, który nie tylko jest Miłością, ale który chce być kochany.

Scroll to Top